Kaczorowski Andrzej ps. Mały, Kaczor

kaczorowskiŻołnierz Szarych Szeregów w drużynie 200 im. św. Jerzego nr 223, Rój „Podhale-Zawisza”, Bloku „Bazylika”, Ulu „Wisła”.

Urodziłem się w 1930 roku w Brześciu nad Bugiem. Było to miasto wojewódzkie na wschodzie Polski. Obecnie zostało przy granicy no stronie białoruskiej. Tam też zastał nas wybuch wojny. Byłem wówczas uczniem III klasy Szkoły Powszechnej.

Mój ojciec był Kierownikiem Telegrafu w Wojewódzkim Urzędzie Pocztowo-Telegraficznym. Był też prezesem miejscowego Oddziału Przysposobienia Wojskowego. Nie wszystko pamiętam, bo miałem dopiero 9 lat. Ale pamiętam, że w sierpniu 1939r. mój ojciec został powołany do wojska. Wrócił pod koniec września.

Brześć został najpierw zajęty przez wojska niemieckie, a w drugiej połowie września Niemcy przekazali miasto władzom radzieckim, ustanawiając granicę między sobą na linii Bugu. Pamiętam dobrze ten dzień, bo obaj okupanci urządzili defiladę. Na jednej z głównych ulic ustawiono trybunę, na której stali dowódcy niemieccy i radzieccy, a przed nimi przejeżdżały tryumfalnie czołgi radzieckie.

Mimo okupacji zajęcia w szkole odbywały się, ale wprowadzono dodatkowo naukę języka rosyjskiego i otrzymaliśmy czytanki w tym języku.

W marcu 1940 roku rozpoczęły się aresztowania urzędników państwowych. Około godziny 4.00 nad ranem w Wielki Piątek NKWD aresztowało mojego ojca. Początkowo przetrzymywali aresztowanych w miejscowym więzieniu, następnie wywozili ich na Sybir. Rozeszła się wiadomość, że następnym posunięciem sowietów były wywózki całej rodziny aresztowanego. W związku z tym moja mama postanowiła ratować rodzinę (miałem jeszcze siostrę i brata). Mama dowiedziała się, że zawarto porozumienie niemiecko-sowieckie zezwalające Polakom uciekającym przed Niemcami na wschód, na nawrót do miejsca poprzedniego zamieszkania. Posługując się, dokumentami ojca stwierdzającymi, że urodził się w Warszawie, uzyskała zgodę ambasady Niemiec na wyjazd z Brześcia. Powiedziała, że przyjechaliśmy do Brześcia do ciotki na wakacje i tu zastał nas wybuch wojny. Ojciec został w Warszawie i teraz chcemy wrócić do domu. Ostatnim transportem udało nam się uciec do rodziny w Warszawie. Musieliśmy wszystko zostawić, zabraliśmy tylko niezbędne rzeczy osobiste, które zmieściły się w jednej walizce.

Wspomnę jeszcze krótko o wojennych losach mojego ojca. Z łagru na Syberii udało mu się dotrzeć do formowanej. przez gen. Władysława Andersa Armili Polskiej, z którą przeszedł szlak bojowy poprzez bitwy pod Tobrukiem i Monte Cassino. Do kraju wrócił w 1947 roku.

Po przybiciu do Warszawy zatrzymaliśmy się u rodziny na Nowym Bródnie w dzielnicy Praga Północ. W działalności konspiracyjnej zaangażowana była większość mojej warszawskiej rodziny. Między innymi mój, stryj, Stanisław Kaczorowski był żołnierzem AK, jego syn Tadeusz ps. „Topola” i „Dzidzia” – żołnierz ze zgrupowania „Radosław” batalionu „Pięść” – był w osłonie KEDYW-u. Również moja o 6 lat starsza siostra (drużynowa w przedwojennym harcerstwie) po przyjedzie do Warszawy i podjęciu nauki w szkole średniej wstąpiła do podziemnego harcerstwa. Była harcerką 23.Warszawskiej Żeńskiej Drużyny Harcerskiej. Często po powrocie ze zbiórki ćwiczyła ze mną musztrę oraz doskonaliła umiejętności opatrywania ran, tamowania krwotoków i unieruchamiania kończyn. Wspólnie zapoznawaliśmy się z przedwojennego podręcznika dla podoficerów Wojska Polskiego z budową i instrukcją obsługi broni maszynowej i granatów. Przed powstaniem siostra pracowała – z ramienia organizacji – z dziećmi z Instytutu Głuchoniemych i Ociemniałych. W Powstaniu Warszawskim była sanitariuszką na Starym Mieście w batalionie szturmowym „Parasol”. Po upadku powstania wywieziona do obozu jenieckiego na terenie Niemiec. Wróciła do kraju w 1947 roku.

Jak już wcześniej wspomniałem, po ucieczce z Brześcia zatrzymaliśmy si u krewnych w Warszawie. Od nowego roku szkolnego, 1940/41 rozpocząłem naukę w IV klasie- w szkole przy ul. Bartniczej. Szybko nawiązałem kontakt z chłopcami z rodzin zaangażowanych w działalność konspiracyjną. Kolega z sąsiedniego domu, Janusz Zawadzki, powiedział mi w tajemnicy, że jest harcerzem i dostał polecenie utworzenia nowego zastępu. Na zbiórce spotkałem jeszcze, czterech kolegów, których nazwisk już nie pamiętam. Na przełomie, lutego i marca 1943 roku zostałem harcerzem zastępu „Żbików” Drużyny 200 im. św. Jerzego nr 223, która wchodziła w skład Roju Podhale – Zawisza, Bloku Bazylika, Ulu Wisła Szarych Szeregów. Miałem pseudonimy „Mały” i „Kaczor”. Braliśmy udział w szkoleniach wojskowych, na których zapoznawano nas z budową i sposobem posługiwania się bronią, uczono topografii tzn. tworzenia i czytania map sztabowych, orientacji w terenie itp.

Zastępowi naszemu polecono działanie w ramach tzw. małego sabotażu. Naszym zadaniem było:
– rozrzucanie ulotek
– kolportaż tajnej prasy m.in. gazetki zawiszaków „Bądź gotów” – malowanie haseł na murach („Hitler kaputt”, znak Polski Walczącej)
– rozsypywanie kolców i gwoździ na drodze jadących samochodów niemieckich.

Mieszkanie nasze było udostępniane jako „melina” dla ukrywających się ludzi z AK. Między innymi ukrywał się u nas mój cioteczny brat Henryk Fedorowicz ps. „Cichy” i „Pakunek”, członek Wydzielonej Organizacji Dywersyjnej ZWZ-AK „Wachlarz”. Po udziale w rozbiciu więzienia w Pińsku był poszukiwany przez gestapo na terenie Brześcia, gdzie uprzednio mieszkał. Został wezwany przez Dowódcę „Wachlarza” do Warszawy do Oddziału Osłony KEDYW-u. Ukrywał się u nas w okresie 9.05-8.06.1943 r., tj. do wyjazdu w Góry Świętokrzyskie do Zgrupowani, Partyzanckiego AK „Ponury-Nurt” (majora Jana Piwnika). W czasie pobytu Henryka u nas kilkakrotnie byłem wysyłany przez niego pod różne adresy w celu utrzymania kontaktu jego z dowództwem. Przynosiłem mu prasę konspiracyjną. Dostarczyłem mu też pistolet VIS, który znalazłem kilka dni wcześniej w naszej piwnicy. Owinięty w mocno zakurzoną szmatę leżał głęboko wetknięty w szczelinę. Natknąłem się na niego szukając odpowiedniego miejsca na przechowanie przez noc prasy konspiracyjnej, której nie zdążyłem w tym dniu przekazać dalej.

Po wyjeździe w Góry Świętokrzyskie Henryk jeszcze kilka razy zatrzymywał się u nas na noc, przyjeżdżając do Warszawy na różne akcje dywersyjne. Po jednym z takich pobytów o świcie nasz dom został otoczony przez żandarmerię. Przyjechali trzema samochodami ciężarowymi, rozstawili karabiny maszynowe, kilku gestapowców wtargnęło do mieszkania. W tym dniu w mieszkaniu byłem tylko z siostrą. Wypytywali nas o Henryka Fedorowicza. Uparcie twierdziliśmy, że widzieliśmy go od naszego wyjazdu z Brześcia. Bijąc nas chcąc wymusić informacje o Henryku. Bijąc nas krzyczeli, że mają sposoby na wydobycie z nas prawdy. W końcu kazali nam się ubierać i powiedzieli, że zabiorą nas do siebie na przesłuchanie.. Na nasze szczęście jeden z samochodów zarył się w piaszczystym gruncie i nie mógł ruszyć. W międzyczasie przyjechał motocyklista i przekazał oficerowi dowodzącemu akcją krótki rozkaz. Ten polecił żandarmom wyciągnięcie zarytego samochodu i szybko odjechali (prawdopodobnie na następną akcję). Jeden z gestapowców krzyknął: „my tu jeszcze wrócimy ale cały dom pójdzie z dymem”. Szczęśliwie dla nas – nie wrócili.

Henryk Fedorowicz w uznaniu męstwa i odwagi w okresie. II wojny światowej, ze szczególnym podkreśleniem akcji na Dworcu Zachodnim w Warszawie w marcu, 1943 roku,. został uhonorowany Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego VIRTUTI MILITARI.

W lipcu 1944 roku Komendant Roju „Podhale” otrzymał rozkaz wprowadzenia na terenie swojego działania służby WISS (służby Wywiadowczo-Informacyjnej Szarych Szeregów). Spowodowane to było tym, że w tym czasie zauważono ożywienie w przemieszczaniu się i koncentracji wojsk niemieckich. Zatrzymywały się na Pradze (prawobrzeżna Warszawa) duże zgrupowania piechoty zmotoryzowanej, artylerii i czołgów. Doszło nam nowe zadanie. W jednoosobowych patrolach prowadziliśmy obserwacje w wyznaczonych punktach. Ja pełniłem dyżury na przejedzie kolejowym na Pelcowiźnie, pobliżu skrzyżowania ul.. Toruńskiej z ul. Modlińską. Notowaliśmy, w zaszyfrowany sposób, przejeżdżające pociągi podając kierunek, w jakim jadą i co przewożą, tzn. czy to jest wojsko, czy samochody ciężarowe lub czołgi.

Znajdujące się na Nowym Bródnie Warsztaty Kolejowe i stacje rozrządowe były największe w całej Generalnej Guberni. Główny ruch transportów na wschód przebiegał przez ten węzeł – tu były formowane składy pociągów. Od czerwca 1941 roku wychodziły stąd, po ich sformowaniu, transporty wojskowe, uzbrojenie i zaopatrzenie frontów na wschodzie.
Obserwacje prowadziliśmy też w pobliżu skrzyżowań ważnych strategicznie dróg. Potem przepisywaliśmy to na małe kartki i dostarczaliśmy do tzw. „skrzynek”. Dalej te informacje trafiały do Sztabu Głównego AK.

W miarę zbliżania się frontu ze wschodu, nasiliła się częstotliwość bombardowań (szczególnie nocą) przez samoloty radzieckie. Dzień lub dwa przed wybuchem powstania doszły do nas wiadomości, że na rogatkach Grochowa pokazały się radzieckie czołgi. W nocy nisko przelatujące radzieckie samoloty rozsypywały ulotki nawołujące do rozpoczęcia powstania. Jak wiadomo – sowieci nie wsparli Powstania, wręcz wycofali się.

30 lipca 1944r. moja siostra poszła na zgrupowanie-na Stare Miasto. 1 sierpnia już od samego rana słychać tyło strzelaninę. Najpierw były to krótkotrwałe wymiany ognia, które zaczęły się nasilać w godzinach południowych. O godz. 17.00 zawyły syreny. Był to oczekiwany sygnał dla całej Warszawy do rozpoczęcia powstania. Po około, dwóch godzinach przez moją, ulicę (mieszkałem przy Julianowskiej) przejechał rozpędzony czołg. Dojechał do końca ulicy, zawrócił, wystrzelił z działa uszkadzając jeden z domów i równie szybko odjechał obrzucany granatami przez grupy mężczyzn. Granaty te pochodziły z konspiracyjnej wytwórni, były to tzw. sidolówki i filipinki.

Mieszkańcy ulicy natychmiast przystąpili do kopania rowu przeciw-czołgowego. Kopali wszyscy: mężczyźni i kobiety, starsi i młodzi, pomagały nawet dzieci. Następnego dnia rano dokończono kopanie, rowu. Miał on 3 metry szerokości i przebiegał w poprzek całej ulicy od domu – do domu.

Pod wieczór słychać było strzelaninę na terenach kolejowych. Niemcy zbudowali tam gisernię czyli odlewnię części do parowozów i różnych maszyn i urządzeń kolejowych. Terenów tych pilnowali banszuce – niemiecka policja kolejowa. Ubrani w czarne mundury banszuce byli uzbrojeni. Chłopcy małymi grupkami podkradali się pod portiernie i próbowali rozbroić wartowników. Nie zawsze próby te kończyły się sukcesem – byli też ranni po obu stronach. Jednak udało się zdobyć trochę karabinów i amunicji.

Wieczorem, wracając z patrolu, zobaczyłem płonący jeden z trzech budynków szkoły przy ul. Bartniczej. W 1942 roku Niemcy zajęli szkołę i urządzili tam koszary dla żołnierzy Wermachtu. Kilka dni przed powstaniem wojsko opuściło koszary prawdopodobnie ze względów strategicznych. Pozostała tylko mała garstka pilnujących obiektu. Powstańcy chcieli wedrzeć się do koszar. Wywiązała się strzelenia. Niemcy zorientowali się, że nie mają szans i poddali się. Wzięto do niewoli 9. żołnierzy. Jeden zaczął uciekać i został zastrzelony. Zdobytą broń i amunicję pomogłem zanieść na ul. Kiejstuta.

Na drugi dzień, gdy szedłem na dyżur, usłyszałem strzelaninę. To czołg niemiecki torował drogę dla samochodów ciężarowych wiozących prowiant dla wojska (prawdopodobnie do koszar na ul. 11 Listopada).

Powstańcy usadowieni z karabinem maszynowym w oknie domu nauczycielskiego, ostrzelali kolumnę. Z drugiej strony ulicy inna grupa też ostrzelała samochody. Z uszkodzonych samochodów niemieccy żołnierze, przeskoczyli do czołgu i zawrócili. Pozostawili samochody załadowane przeznaczonymi dla wojska czekoladami, papierosami i innymi artykułami spożywczymi. Samochody zostały zepchnięte na teren boiska szkolnego, a zawartość rozdzielona.

W tym też czasie kilku powstańców zostało skierowanych na teren Warsztatów Kolejowych i Parowozowni. Dostali zadanie rozbrojenia i unieszkodliwienia założonego tam, przez Niemców zaminowania. Akcja zakończyła się powodzeniem, co zapobiegło zniszczeniu tych obiektów przez wycofujących się później Niemców. Ponadto udało się zdobyć ładunki wybuchowe i lonty, które następnie posłużyły do założenia wzdłuż ulic Wysockiego i Białołęckiej. Uzbrajanie ładunków i ich umieszczenie pod jezdnią wykonał p. Karbowiak, przedwojenny saper, następnie żołnierz AK.

Na naszym terenie (prawobrzeżna Warszawa) powstanie upadło po czterech dniach. Przyszedł rozkaz o zaprzestaniu walk. Część powstańców próbowała się przedrzeć z bronią na Pragę Południe. Pozostali ukryli broń i czekali na dalsze rozkazy. Wszyscy byli pewni, że to jeszcze nie koniec walki że niedługo trzeba będzie znów chwycić za broń. Nasz zastęp w dalszym ciągu prowadził obserwacje w dotychczasowych punktach i nadal przekazywaliśmy meldunki do „skrzynek”. Zaprzestaliśmy patrolowania ok. 20.VIII na rozkaz dowództwa.

Niemcy wydali zarządzenie, żeby mężczyźni w wieku 16-65 lat, zdolni do przenoszenia broni, natychmiast opuścili Warszawę. Wkrótce zaczęły przybywać wojska saperskie, aby przygotować ten teren do obrony przed spodziewanym szturmem, wojsk radzieckich. Przystąpiono do budowy barykad. Pojazdami gąsienicowymi zrywali tory tramwajowe i kolejowe, niszczyli główne drogi dojazdowe i mosty. Burzyli domy. Do kopania rowów przeciwczołgowych i okopów zagonili mieszkańców. Z braku wystarczającej liczby mężczyzn: wyciągali z domów również kobiety. Z jedną z takich grup zabrali też moją mamę. Udało jej się uciec po trzech dniach.

Mimo silnego oporu niemieckiego, po bombardowaniach i ostrzale artyleryjskim z obydwu stron, w dniu 15 września 1944r. teren Nowego Bródna został zdobyty przez wojska radzieckie i polskie. W tym dniu spłonął dom w którym mieszkaliśmy. Moja mama została ranna od pocisku, który trafił w nasz dom.

Zabrano ją do szpitala wojskowego. Nie mając dachu nad głową, przenieśliśmy się z bratem do jego znajomych na Grochowie którzy udostępnili nam jeden pokój. Miałem trochę nagromadzonej broni i razem z bratem zabezpieczyliśmy ją i zakopaliśmy w podwórku przy ul. Osieckiej. Mieszkaliśmy tam do czerwca 1945 roku. Odnalazł nas tu kuzyn, który w ramach repatriacji opuścił Brześć i szukał miejsca na osiedlenie się w nowych granicach Polski. Dowiedział się, że w Gdańsku jest dużo wolnych poniemieckich mieszkań. W międzyczasie mama wróciła już ze szpitala i wspólnie podjęliśmy decyzję o wyjeździe do Gdańska. I tak od czerwca 1945r. do dziś mieszkam w tym samym mieszkaniu w Gdańsku -Wrzeszczu.

Od grudnia 1945r. rozpocząłem naukę w gimnazjum przy ul. Topolowej. Nie mogąc pogodzić się z kolejnym zniewoleniem Polaków, próbowałem zorganizować grupę oporu. Starym zwyczajem (wyniesionym z Warszawy) zacząłem zbierać i gromadzić broń. Krótko mówiąc, w 1947 roku mieliśmy wpadkę i cudem uniknęliśmy aresztowania. Grupa rozpadła się. Nadal utrzymywałem kontakt tylko z jednym kolegą, Bogdanem Antoniakiem. Jego ojciec (nauczyciel na tajnych kompletach w Krakowie) był dyrektorem liceum. Bogdan, niepostrzeżenie wyniósł w sekretariatu szkoły matrycę białkową (ogólnie niedostępną), którą wykorzystaliśmy do wydrukowania ulotek na własnoręcznie wykonanym powielaczu. W nocy z 30 kwietnia na 1 maja 1950 roku; przeprowadziliśmy akcję oblepiania ulotkami głównych ulic Gdańska, ze szczególnym uwzględnieniem trasy pochodu 1-Majowego. Uzbrojeni (po 2 pistolety każdy) rozpoczęliśmy od pętli tramwajowej na ul. Kartuskiej. Dalej poszliśmy obecną ul. Nowe Ogrody, poprzez Hucisko i skręciliśmy w lewo w stronę dworca kolejowego. Tam zawróciliśmy i poszliśmy w stronę ul.3-go Maja, dalej przez Bramę Oliwską, Al. Zwycięstwa i ul. Grunwaldzką, aż do skrzyżowania z Al. Wojska Polskiego. Wracaliśmy drugą stroną ul. Grunwaldzkiej i doszliśmy z powrotem do Al. Zwycięstwa. Ulotki naklejaliśmy na murach, płotach, drzewach i słupach. Kilka ulotek i matrycę schowaliśmy do puszki i zakopaliśmy. Niestety, do tej pory nie udało mi się odnaleźć tej, puszki. Nie- pamiętam dokładnie treści, ale była to bardzo, ostra krytyka polityki Kremla wobec Polski i Polaków. Następnego dnia usłyszeliśmy jak ludzie opowiadali, że przez miasto przeszła jakaś bojówka i porozlepiała ulotki.

Niedługo potem zostałem powołany do wojska, a kolega wyjechał studia do Białegostoku. Kontakty nasze rozluźniły się.

Po powrocie z wojska podjąłem prace zawodową. Mimo wyksztalcenia ekonomicznego pracowałem na stanowiskach technicznych. Miedzy innymi byłem technologiem, konstruktorem i specjalistą ds. postępu technicznego i wynalazczości.

Andrzej Kaczorowski Warszawa rok 1945

Andrzej Kaczorowski Warszawa rok 1945

 

źródło: Wspomnienia własne – archiwum Koła Gdańsk-Wrzeszcz Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej